W sto trzynastej minucie, dwa kwadranse po pierwszym śniadaniu
W wielkim mieście usiadłem bezczelnie
na gzymsie drapacza chmur
był mokry dzień dopiero się zaczął
zmoczyłem spodnie u zbiegu arterii
między lewą a prawą nogawką w miejscu
gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę
I dupa blada tak myślę nic z tego nie będzie
bo któż-by zechciał przysiąść koło mnie
kiedy deszcz leje się za kołnierz z chmury
w której trzymam głowę nogi zwisają swobodnie

Przemyślenia własne w tak zwanym międzyczasie
Chroni nas często,
no, bo jak czyni ktoś uwagi głupie,
to zaraz kiepa za dziąsło
i ląduje on w naszej dupie.
A jaka mądra jest czasem
kiedy nauk udziela,
gdy pacan o WZGLĘDNOŚĆ nas spyta
i nos mu każe wsadzić do siebie
i ja mam nos w dupie
i w dupie ma nos ten ktoś.
ale to nie takie same coś.
I tak adwersarza prymitywizm
wzbogaca dupa o RELATYWIZM.
Mam nadzieję, że się Autor nie obrazi, że się jednak przysiadłem na gzymsie i słowo o dupie rzekłem.
Pozdrawiam serdecznie!
I ja pozdrawiam
Chciałabym, by trwało to i trwało :)
Panie Wiktorze - wiersz o wyjątkowym wydźwięku.
Pozdrawiam!
Dziękuję bardzo w swoim imieniu, ale myślę, że Moherowy się przyłączy skoro nie jeden raz już to uczynił.
Pozdrawiam